Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wschody dworca, tak blizki już swej nieszczęsnej siedziby, schwycił się na głośnych słowach: „Ależ ja ją kocham... kocham...“ i w taki to sposób dowiedział się...
— Jesteś, Janie? Cóż tam robisz?
Fanny ocknęła się, przestraszona, że go nie czuje przy swym boku. Trzeba pójść ściskać ją, kłamać, opisywać bal w ministeryum, opowiedzieć, czy ładne były panny i z kim tańczył; ale by uniknąć tego badania a szczególniej pieszczoty, których się lękał, przenikniony będąc wspomnieniem tamtej, wymyślił robotę pilną, rysunki Hettémy.
— Już niema ognia; zimno ci będzie.
— Nie, nie...
— Zostaw przynajmniej drzwi otwarte, żebym widziała twoją lampę...
Musi odegrać komedyę do końca, ustawić stół, rozłożyć rysunki; poczem usiadłszy nieruchomo, z oddechem zapartym, duma, odświeża wspomnienia; a chcąc marzenie utrwalić, opisuje Cezaremu w długim liście, podczas gdy wicher nocny wstrząsa gałęzie, trzeszczące bez szelestu liści, pociągi ścigają się, hucząc a La Balue, przebudzona światłem, trzepoce się