Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ależ to i jaskółki już odleciały!
Jedna po drugiej, rodziny mieszczańskie z okolicy, spuszczały żaluzye w swych domach; na drodze z Wersalu do Paryża, ciągnęły szeregiem wozy, pełne sprzętów i duże wiejskie omnibusy obładowane, z pękami zieleni na płaskim dachu. Liście wzlatywały dokoła, wirując, i snuły się, jak niknące chmury, pod niskiemi obłoki a na opustoszałych polach, wysokie stogi sterczały. Poza sadem, nagim i zmalałym przez brak zieloności, smutny przedstawiał się krajobraz: szalety zamknięte i suszarnie pralń o dachach czerwonych a z drugiej znów strony domu, czarna smuga przemykająca się chyżo, wzdłuż lasów szarych, po odsłoniętym torze drogi żelaznej.
Jakież to okrucieństwo zostawić ją tam, samą jedną, otoczoną tym ponurym widokiem? Z góry czuł, że mu na to serca nie starczy, że się nigdy nie zdobędzie na pożegnanie. Na to właśnie rachowała Fanny, czekając tej ostatniej chwili. Do owego czasu zachowywała się spokojnie, nienapomykając o niczem; wierna swej obietnicy, że nie będzie stawiać przeszkód temu wyjazdowi, o którym zresztą od początku