Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

ności w tej nieszczęsnej łódce alegorycznej. Szczęściem, dla odświeżenia oka i serca miał naprzeciw siebie Fanny Legrand, siedzącą w tyle statku przy sterze, trzymanym przez de Pottera; Fanny, której uśmiech nigdy mu się nie wydał tak młodym, zapewne przez porównanie.
— Zaśpiewaj nam co, mała — poprosiła Desfous, której usposobienie zmiękło z wiosną. Pełnym wyrazu i rozległym głosem rozpoczęła Fanny barkarolę z „Klaudyi“, której muzyk wzruszony tem przypomnieniem pierwszego wielkiego powodzenia, jakiego doznał, z usty przymkniętemi, wtórował naśladując podkład orkiestry, to falowanie, przebiegające po melodyi, jakby światło, co się po wodzie bieżącej przemyka. O tej godzinie, wśród tego krajobrazu, było rozkosznie. Z sąsiedniego tarasu zawołał ktoś: „brawo!“ — a wiosłujący prowensalczyk byłby chciał poić się tą muzyką boską z ust swej kochanki, brała go pokusa, ze źródła tego pod promieniem słońca, z głową w tył przesłoną, pić wieki całe.
Naraz Rosa, opanowana wściekłością, przerwała barkarolę, drażniącą ją zlewaniem się głosów: „Hej, śpiewacy, kiedy tam skończycie