Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Twarz, przypuszczam jeszcze; ale to, piersi, ramiona... alboż nie białe... nie krzepkie?...
Pokazywała bezwstydnie swe ciało czarownicy, co pozostało cudnie młodem po trzydziestoletniej próbie ognia, ciało na, którem sterczała głowa zwiędła i trupia, począwszy od szyi.
— Łódka gotowa, moje panie! — zawołał de Potter; angielka zaś, zapinając stanik, by zasłonić to co przechowała z młodości, mruknęła komicznie strapionym tonem:
— Nie mogłam przecież iść nago pomiędzy ludzi!...
Wśród tej dekoracyi, godnej pędzla Lancreta, gdzie powabna białość will połyskiwała między zielonością wiosenną, gdzie tarasy i murawy otaczały jeziorko, pokryte łuskami od promieni słonecznych, jakże odbijała ta cała Cythera, stara i chromająca: ślepa Sombreuse, stary klown i paralityczna Desfous, pozostawiająca w bruzdach wody zapach piżmowy bielidła swego i różu!
Jan wiosłował z grzbietem zgarbionym, zawstydzony i dręczony obawą, czy go kto nie zobaczy i nie przypisze mu jakiej niskiej czyn-