Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

wykrzywiane podagrą, w pierścionkach błyszczących i tak skomplikowanych, tak trudnych do włożenia i zdjęcia, jak obrączki „kwestyi rzymskiej“; Cob, szczuplutka z figurką młodej dziewczyny, przy której jeszcze ohydniej wydawała się wyschła główka chorego klowna, pod grzywą żółtawą. Ta, zrujnowana i zlicytowana pojechała do Monte-Carlo, po raz ostatni sprobować szczęścia; ale wróciła ztamtąd bez jednego su i szalenie rozkochana w pięknym krupierze, który jej nie chciał. Rosa przygarnęła ją do siebie i żywiła, pyszniąc się tem wielce.
Wszystkim tym kobietom znaną była Fanny, powitały ją więc protekcyonalnem: „jak się masz, mała?“ Co prawda, w sukience po trzy franki za metr, bez żadnych błyskotek, prócz owej broszki czerwonej, wyglądała jak nowozaciężna, pomiędzy temi strasznemi weterankami galanteryi, które jeszcze podobniejsze były do widm, wśród przepychu, otaczającego je przy odbijającem się w jeziorze i na niebie świetle, co przez otwarte podwoje wnikało do jadalni, wraz z wonią wiosenną.
Była tam i stara matka Pilar „le chinge“ jak się sama nazywała, w swem osobliwem narzeczu