Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

kich faetonach, powracały do zgiełkliwych bulwarów paryzkich a Fauny zdawała się nie żałować tego paradującego, zwycięzkiego występku i mogąc w nim uczestniczyć, wzgardziła nim dla kochanka. Byleby on chciał ją widywać od czasu do czasu, godziła się na to niewolnicze życie: nawet upatrywała w niem zabawne strony.
Wszyscy pensyonarze przepadali za nią. Kobiety, jako cudzoziemki, pozbawione smaku, zasięgały jej rad w kwestyach tyczących strojów, co rano dawała lekcyę śpiewu najstarszej z małych peruwianek; wskazywała książkę do czytania, lub sztukę graną w teatrze, panom, którzy jej okazywali wszelkie względy i uprzedzającą grzeczność, jeden zwłaszcza, holender z drugiego piętra. „On tu siada, na twojem miejscu i wpatruje się we mnie, dopóki nie powiem: „Nudzisz mię, Kuyper“. Wtedy odpowiada: „topsze“ i odchodzi. To on mi dał tę małą broszkę koralową... warta sto su... przyjęłam ją dla świętego spokoju.
Wszedł chłopiec z zastawą na tacy, którą umieścił na stoliczku, odsunąwszy nieco roślinę. „Ja tu sama jadam, na godzinę przed table „d’hóte“. Wybrała dwie potrawy ze spisu do-