Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

tej ładnej twarzy, jeszcze jaśniejszej przy wązkim czepku białym i tej eleganckiej, gibkiej kibici trzydziestopięcio letniej kobiety.
— Bardzo piękna, rzeczywiście... wycedziła przez zęby, ze szczególnym naciskiem.
— A jak zbudowana! — odezwał się stryj, uporczywie wracając do swego opisu.
Przeszli następnie na balkon. Po upale, od którego cynk werendy był jeszcze gorący, niknąca w dali chmura kropiła drobnym deszczykiem, który orzeźwiał powietrze, wesoło dźwięczał na dachach i obryzgiwał chodniki. Paryż śmiał się pod tą ulewą a zgiełk tłumu, powozów, cały ten hałas wzbijający się w górę, upajał parafianina, kołatał się w jego pustej i ruchliwej głowie, jak dzwon, przypominając młodość i trzymiesięczny pobyt jego przed trzydziestu laty, u przyjaciela de Courbebaisse.
— Jakie to były zabawy, jakie hulanki, moje dzieci! Pewnej nocy w półpoście, weszliśmy z Courbebaissem do Prado, poprzebierani, on za Chicarda a kochanka jego — Mornas, za sprzedającą piosenki, strój zaś ten przyniósł jej szczęście, wsławiła się bowiem w café-concert. On sam (stryj) wprowadził panienkę z tejże dzielnicy, zwaną Pellicule. Rozochocony, śmiał się