Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/045

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Na nieszczęście, po zdania egzaminu, Jan zachorował. Zaniedbana angina, której się nabawił w korytarzach ministeryum, przybrała złośliwy charakter. Nie znał nikogo w Paryżu, Prócz kilku studentów z jego prowincyi, którzy jednak wskutek jego drażliwego stosunku, usunęli się i rozproszyli. Zresztą, jemu trzeba było wyjątkowego poświęcenia; więc też pierwszego zaraz wieczoru Fanny Legrand zajęła miejsce przy łóżku i doglądała go dziesięć dni niezmordowanie, odważnie, bez niesmaku, zręcznie, jakby siostra miłosierdzia a tak pieszczotliwie, tak tkliwie, że niekiedy, w chwilach gorączkowych, myśląc że to owe czasy, kiedy w dzieciństwie ciężko chorował, wołał ciotkę Diwonę i czując jej rękę na swem czole spotkałem, mówił: „Dziękuję ci, Diwono“.
— To nie Diwona... to ja... pielęgnuję cię... Wybawiała go od płatnej opieki, od ogni niegaszonych przez zapomnienie, od ziółek gotowanych w izdebce stróża. Jan nie mógł się Wydziwić, jak jest czujną, zaradną, żwawą, ona, taka wygodnisia i rozkosznisia. W nocy sypiała tylko dwie godziny i to na sofie, z takiego hotelu, jakie się znajdują w tamtej dzielnicy, miękkiej jak tapczan w kancelaryi policyi.