Strona:Aleksander Szczęsny - Spadkobierca skarbów ojcowskich.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łej bułeczki, cukru, wody — czego tylko zapragniesz. Im ja będę bogatszy, tem i tobie będzie lepiej.
Chodź przeto do mnie, rzuć marzenia o swobodzie. Pozwól się złapać i zamknąć do klatki. Sam zobaczysz, że u mnie będzie ci dużo lepiej, niż na drzewie, gdzie cię w dodatku może zjeść kot lub jastrząb.
Tak mówił właściciel ogrodu. Ptaszek tymczasem śmiał się coraz głośniej, coraz głośniej. Im bardziej smucił się człowiek, tem weselej śmiał się ptak.
— Czegóż się śmiejesz ze mnie? — zapytał właściciel ogrodu.
— Jakże się nie mam śmiać? — odpowiedział ptaszek, — No pomyśl tylko: darowałeś mi swobodę dlatego, że ci dałem trzy mądre rady, jednak jesteś taki głupi, że nawet nie potrafisz postępować według tych rad.
Ledwie darowałeś mi wolność, a już żałujesz tego, coś uczynił.
Pragniesz, żebym wrócił do ciebie i dobrowolnie pozbył się swobody, która jest największem szczęściem życia.
Wreszcie wierzysz, że ja znoszę brylantowe jaja wielkości kurzych, chociaż sam jestem nie większy niż kurze jajo. I dziwisz się jeszcze, że się śmieję z ciebie!
To mówiąc — ptaszek załopotał w skrzydełka i odleciał daleko. Po chwili zniknął zdumionemu właścicielowi ogrodu z oczu.