Strona:Aleksander Szczęsny - Spadkobierca skarbów ojcowskich.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Właściciel ogrodu drgnął na całem ciele, jak rażony piorunem. Chwycił się w rozpaczy za włosy i targał je z całych sił.
— O ja głupiec nieszczęsny — wołał płaczliwym głosem — cóżem uczynił. Oto mogłem zostać takim bogaczem, jakiego dotąd nie było jeszcze na świecie. Mogłem sobie kupić królestwo i zostać królem. Mogłem mieć złote pałace, wspaniałe ogrody, powozy, konie. Mogłem się ożenić z najpiękniejszą kobietą na świecie. Mogłem wszystko. A oto teraz jestem nietylko nędzarzem, ale i głupcem w dodatku. Głupcem jestem, którego wyprowadził w pole pierwszy lepszy ptak, stworzenie bezrozumne.
Tak zwymyślawszy samego siebie, właściciel ogrodu uspokoił się nagle. Patrzył chwilę w ziemię, jakby rozmyślając nad czemś głęboko; wreszcie zbliżył się do drzewa, na którem siedział ptaszek, i rzekł doń słodkim, jak mógł najsłodszym głosem:
Ptaszku śliczny... Tak mi cię żal. Ty myślisz pewno, że będziesz szczęśliwy na swobodzie. Jakże się mylisz! Pomyśl tylko — wiosna i lato prędko miną, a potem przyjdzie jesień; przyjdzie zima z mrozami i zamieciami. Rzeki i strumienie zamarzną — i nie będziesz mógł znaleźć nigdzie ani kropelki wody, któraby ugasiła twe pragnienie. Śnieg pokryje pola; nie zostawi dla ciebie ani ziarenka. Gniazdko twoje rozmiecie wiatr — i umrzesz w końcu z głodu i zimna.
Ja zaś zbuduję ci domek ciepły, uścielę miękkie gniazdko, w którem będzie ci dobrze i wygodnie. Będziesz miał pod dostatkiem lnianego siemienia, bia-