Strona:Aleksander Szczęsny - Spadkobierca skarbów ojcowskich.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Mówiąc to, podszedł do krzaka tarniny i powoli rozsuwał kolczaste jej gałązki. Krzak o ciemno zielonych listkach pokryty był białemi kwiatkami i wyglądał uroczo.
Rozgarnąwszy gałązki, pastuszek ruchem głowy zawezwał królewicza, aby się zbliżył i palcem wskazał mu gniazdko.
— Samiczka siedzi właśnie w gniazdku. Czy królewicz ją widzi?
Lecz w tej samej chwili ptaszek przestraszony widokiem ludzi, sfrunął z gniazdka, i oczom obu chłopców przedstawił się widok ładnego gniazdka z pięcioma malutkiemi pisklętami.
Gdy już królewicz dobrze przyjrzał się wszystkiemu, nauczyciel rzekł do Jasia:
— A teraz przyjmij odemnie należną ci zapłatę. Ponieważ jednak musisz się podzielić z Antosiem, więc wypłacę ci ją srebrem.
Mówiąc to, wyjął z portmonetki dziesięć srebrnych monet i wręczył je oszołomionemu z radości chłopcu.
— Tylko podziel się uczciwie ze swym przyjacielem, rzekł nauczyciel na pożegnanie.
— Co do tego, może pan być zupełnie spokojny, odpowiedział Jaś i grzecznie skłonił się kapeluszem.

Nauczyciel kazał strzelcowi wywiedzieć się, co się stało[1] z danemi mu pieniędzmi. Okazało

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; nie odciśnięta matryca. Tekst (oznaczony kolorem szarym) uzupełniono na podstawie kontekstu.