Strona:Aleksander Szczęsny - Spadkobierca skarbów ojcowskich.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lecz skąd wziąć na to pieniędzy, gdy nieraz głód nawet w czasie przednówka zaglądał do chaty.
Chłopak więc uczył się czego mógł w szkółce, ale wszystko to było mało dla niego.




Razu pewnego syn sąsiada, Antoś, zaprowadził Jasia do lasu i pokazał mu głęboko pod krzakiem gniazdko ptasie. W gniazdku siedziało pięć małych piskląt, a rodzice co chwila przylatywały do nich, przynosząc im to muszkę, to znów jakiegoś robaczka.
Jaś z ciekawością przyglądał się małym ptaszkom, rozdziawiającym żółte dziobki na przyjęcie pokarmu.
— Tylko słuchaj, — rzekł Antoś, znany w całej wsi z zamiłowania do ptaków, — nikomu o tem nie mów, bo gotowi mi tu wybrać jeszcze pisklęta.
— Pocóż miałbym mówić? — odrzekł Jaś szeptem, aby nie przestraszyć ptaszków.
— No pamiętaj!
Od tego czasu Jaś często przypędzał w tę okolicę lasu niewielkie swe stadko i cichutko przyglądał się gniazdku i jego mieszkańcom. Początkowo stare ptaki lękały się widoku chłopca, lecz gdy przekonały się o jego dobrych zamiarach, zachowywały się tak, jakby nikogo obok nie było.
Gdy tak pewnego razu Jaś przyglądał się gniazdku, stanął przy nim jakiś chłopiec, w ślicznem zie-