Strona:Aleksander Szczęsny - Spadkobierca skarbów ojcowskich.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dziadek pamiętał dawne, dawne czasy, i chętnie o dziejach młodości swej opowiadał.
Gdyśmy tak razu jednego obsiedli dziadka i zaczęli prosić:
— Niech nam dziadzio opowie coś ciekawego!
Dziadek odrzekł:
— Wiecie co, opowiem wam dziś historyjkę o królewiczu, pastuszku i gniazdku.
— A czy prawdziwa? — zapytaliśmy oboje.
— Niezupełnie prawdziwa! Ale już posłuchajcie, a napewno powiecie ze mną:
— Ach, jakby to dobrze było na świecie, gdyby żyli tacy dobrzy królewicze! Lecz tacy królewicze mogą żyć tylko w bajkach. Zresztą słuchajcie.
Wpatrzyliśmy się w dziadka, a staruszek uśmiechnął się do nas i tak mówił:
— W pewnej wiosce mieszkał ubogi kmiotek Michał i miał synka, dobrego chłopaka Jasia. Jaś pomagał ojcu w robocie, jak mógł. To krówkę i owieczki wypędził w pole, to drew narąbał, to znów wiązał zboże w polu, to zimą krzątał się ko:o gospodarstwa. Ojciec ogromnie kochał chłopca i martwił się bardzo, że nie może spełnić największego marzenia Jasia, który ogromnie chciał chodzić do szkoły.
Zimą, gdy było mniej roboty, Janek chodził do szkółki wiejskiej, i nauczyciel bardzo go chwalił, że jest zdolny i chętny do nauki, zaszedł nawet kiedyś do chaty Michała, aby ten posłał go do miejskiej szkoły. Ojciec chętnieby posłuchał nauczyciela,