Strona:Aleksander Szczęsny - Spadkobierca skarbów ojcowskich.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


źbiarz uczynił, jakby napół wyłaniającą się z twardego kamienia.
Z zamyśloną twarzą wyrzeźbiona postać schylała się ku rosnącemu u nóg kwiatowi, około którego unosił się piękny motyl.
Emilja wzruszona zrozumieniem pomnika, sięgnęła mimowoli do kieszeni, aby otrzeć chustką łzy rozrzewnienia i wtedy zauważyła coś błyszczącego w trawie. Podniósłszy zauważyła ździwiona, że jest to sztuka złotej monety.
Czyż pierwszą myślą, jaka dziewczynce przyszła do głowy, było zatrzymać pieniądz i kupić sobie śniadanie? Nie. Przedewszystkiem postanowiła ona odnaleźć tego, który zgubił monetę, aby mu ją zwrócić. Tak myśląc i rozglądając się naokoło zauważyła Emilja przy jednym z odległych grobów nieznajomego pilnie odczytującego napisy. Wtedy podeszła doń i zapytała podając mu monetę, czy to nie on ją zgubił.
Nieznajomy spojrzał przyjaźnie w pytające oczy dziecka i odrzekł:
— Tak moje dziecię, rzeczywiście to ja zgubiłem ten pieniądz prawdopodobnie, gdym rysował tamten piękny grobowiec w moim notatniku. Lecz zatrzymaj go jako nagrodę twojej uczciwości.
— Lecz ja nie mogę tego uczynić — odrzekła dziewczynka — nie mogę przyjmować pieniędzy z rąk nieznajomych za tak prostą przysługę.
Gdy nieznajomy nakłaniał ją do przyjęcia w dalszym ciągu, wtedy Emilja rzekła: