Strona:Aleksander Szczęsny - Baśnie Andersena.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

się na ziemię w miękką trawę, a kwiaty pokłoniły im się główkami, jakby pozdrawiały przybyłych.
— Czy już jesteśmy w rajskim ogrodzie? — zapytał książę.
— Nie, jeszcze nie, — odparł wiatr — lecz wkrótce tam będziemy. Czy widzisz tę ścianę skalną i otwór jaskini zakryty, niby firanką, splotami dzikiego wina? Tamtędy jest przejście. Owiń się w swój płaszcz, bo choć tutaj słońce pali, ale o krok dalej spotkasz już lodowate zimno. Ptak, któryby to miejsce mijał, kąpałby jedno skrzydło w upale lata, podczas gdy drugiem jużby znajdował się w chłodzie zimy, taką nagłą jest tam zmiana powietrza.
— A więc to jest droga do raju? — zawołał książę.
I wkrótce obaj weszli do jaskini. Rzeczywiście było tam nad wyraz zimno. Ale mróz trwał niedługo. Wiatr znowu rozpuścił skrzydła, a tutaj zalśniły one jakby były z ognia i książę wtedy zobaczył, coto była za zadziwiająca jaskinia.
Olbrzymie zwały kamieni, z których sączyła się woda, wznosiły się tu i owdzie, niby jakieś widma. Droga to się tak zwężała, że ledwo można było się przecisnąć, to znów grota stawała się tak obszerną, że sklepienie gubiło się w wysokości. Wtedy skały po bokach wyglądały jak skamieniałe organy, albo chorągwie w jakiejś opuszczonej katedrze.
— Idziemy zapewne drogą śmierci do tego ogrodu, — myślał książę, ale wiatr wschodni nie mówił ani słowa, tylko wskazywał przed siebie, gdzie zaczynało prześwitywać łagodne, błękitne światełko. Skały po bokach zaczęły się coraz bardziej oddalać, aż wreszcie zamieniły się w dalekie góry tak blade, jak obło-