Strona:Aleksander Arct - Spiskowcy (1907).djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   16   —

powinno cię przestraszać! Zlituj się, zlituj nad nami! Przewoź nas czymprędzej!
Na tę chwilę nadszedł wysoki, barczysty mężczyzna, odziany w skórzane, strzeleckie szaty. Czerstwą i opaloną twarz jego okalała krótka broda. Na nogach miał drewniane trepki, przez plecy przewieszony kołczan ze strzałami, w ręce trzymał łuk.
— Kto jesteście? — spytał. — Dlaczego błagacie Ruodiego o litość?
Zanim zaskoczeni znienacka Arnold i Konrad zdołali odpowiedzieć, Ruodi rzekł:
— Wilhelmie Tellu! Brat Konrad i ten młody żołnierz żądają odemnie rzeczy niemożliwej: chcą, żebym ich w taki straszny czas przewiózł na drugą stronę jeziora.
— Jestem Arnoldem z Melchtalu — odezwał się Arnold — synem Heinricha, zabitego przez Gesslera. Z Konradem uciekamy przed zemstą księcia. Jeśli Ruodi nie wysłucha naszych błagań, czeka nas śmierć!
— Śmierć grozi i mnie także, jeśli się odw ażę na ten szalony Czyn — rzekł Ruodi.
— Nie przeczę, że przeprawa przez jezioro jest niebezpieczna — odparł Tell. Groźniejszą jednak jest zemsta Gesslera.
— Jeśli tak sądzisz — burknął Ruodi — to proszę: oto są wiosła, a łódź — przy brzegu. Spróbujcie!
— Spróbuję – odparł Tell. I chwyciwszy za wiosła, skinął na Konrada i Arnolda.
— Jeśli zginę — zwrócił się do Ruodiego — proszę cię, bracie, pociesz moją żonę i dziatki.
Długo trwała niebezpieczna przeprawa.
Rozhukane fale pomiatały łodzią, jak łupiną orzecha, lecz dzielny Tell, nie żałując dłoni