Strona:Aleksander Arct - Spiskowcy (1907).djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   8   —

berdysze w piersiach waszych braci, podajcie im przyjazne dłonie.
Po kilku chwilach towarzysze Arnolda byli już z żołdakami w jaknajlepszej zgodzie i popijając kawę, wesoło gwarzyli.
Leuthold zaś, wziąwszy Arnolda pod ramię, odprowadził go na stronę i stanąwszy w niszy okna, rzekł:
— O jakże się cieszę, że nas zbliżył ten szczęśliwy przypadek, Arnoldzie, podaj mi dłoń i rachuj na moją pomoc. Masz we mnie wiernego sprzymierzeńca, wspólne cierpienia zbliżają nas. Ty przez niegodziwego księcia straciłeś ojca, ja — brata. Uniesiony gniewem, Gessler za niewinne wykroczenie kazał go wychłostać. Usłużni siepacze zasiekali go na śmierć! Przygnębiony śmiercią brata, czekałem tylko na stosowną chwilę, która nareszcie się zbliża. Jutro książę wybiera się na łowy. Zwykle wyprzedzamy go wcześniej, żeby pilnować naganki. Ponieważ ludzie mię lubią i chętnie spełnią moje rozkazy, bo jak widziałeś, są bardzo do księcia zniechęceni, więc namówię straże, żeby was wpuściły do zamku. Kilka wiernych sług księcia łatwo się nam uda pokonać. Reszta zależy od ciebie i twoich towarzyszów.
— Wolałbym otwarcie napaść na Gesslera, myślałem, że mi się to uda na łowach. Podstępem się brzydzę.
— Cenię cię za to tym więcej — odporł Leutchold. Lecz trudno! Gessler także podstępnie schwytał twrego ojca. Zresztą środki nic nie znaczą. Ważniejszy jest cel. Pamiętaj, że chodzi nam o ratowanie naszej drogiej ojczyzny.
— Zgoda więc! — rzekł Arnold i opanowawszy niechęć, dodał:
— O której wyjedzieeie z zamku?