Strona:Aleksander Arct - Spiskowcy (1907).djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   7   —

książęcej mości. Czy mówię z dowódcą oddziału?
— Nie jestem żadnym dowódcą, lecz towarzyszem moich współbraci — krótko odparł Arnold.
Leuthold przygryzł wąsa, lecz nie tracąc fantazji, ciągnął:
— Jako naczelny strażnik jego książęcej mości mam prawo i muszę się dowiedzieć, kto jesteście i skąd przychodzicie?
— Nie jestem książęcym sługą, więc kłamstwem się brzydzę — odparł Arnold. — Jestem Arnold z Melchtalu. Przyszedłem zaś tu, aby pomścić śmierć ojca.
Wśród żołdaków powstało wielkie poruszenie.
Leuthold spojrzał na nich znacząco i uspokoiwszy ich ruchem ręki, zwrócił się do Arnolda:
— Arnoldzie z Melchtalu! — rzekł. — Jestem zdumiony twoją odwagą i szczerością. Po tym, coś rzekł, poznałem, że jesteś prawdziwym Szwajcarem i możesz liczyć na naszą pomoc! Widzę, że słowa moje zdziwiły cię, lecz przestaniesz się dziwić, gdy ci rzeknę, że nietylko wolny lud zaczyna się oburzać na niegodziwość Gesslera.... Wśród nas jest coraz większa liczba niezadowolonych, którzy czekają tylko sposobności, żeby oddać księciu wet za wet.
— Czy mówię prawdę? — dodał, zwracając się do żołdaków.
— Prawdę! Świętą prawdę! — zawołali chórem żołnierze.
— Wybacz więc, dzielny Arnoldzie z Melchtalu, chwilowe nieporozumienie. Moi towarzysze podchmieleni piwem, wyrządzili wam niesłuszną krzywdę. Zapomnijcie o tym i zamiast topić