Strona:A. Lange - W czwartym wymiarze.djvu/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wał w medjum. Przyglądał się twarzy uśpionego. Nie było to już dziecko, był to raczej młodzieniec nadanielskiej piękności; było w tej twarzy coś nieziemskiego; z jego oczu przeglądała taka głębia mądrości, że p. Jan zadrżał z trwogi i szacunku zarazem. Czekał z niepokojem.
Medjum otworzyło naraz usta, cudownie ponsowe — i zaczęło wydawać jakieś dźwięki. Były to dźwięki niezrozumiałe, ale niezmiernie śpiewne, jakiś język nieznany, raczej muzyka przedziwna, kołysząca do upojenia. Jednocześnie z tą muzyką — dokoła medjum — zaczęły błyskać światła wielobarwne, naprzód iskry, potym smugi, potym cała gama kolorów; medjum spoczywało w aureoli barw, które zarazem rozlewały dokoła zapach aromatyczny; przyczym barwy nabierały powoli plastyki i zmieniały się w cudowne, złote, czerwone, lazurowe kwiaty dziwnych, niewidzianych nigdy na ziemi kształtów.
Hypnotyzer był olśniony, chociaż nic tego zjawiska nie rozumiał.
— Duchu z nieznanych sfer! Jeżeli możesz, wytłumacz mi te cuda!
Melodja cichła powoli i wydawała się coraz dalsza i dalsza, zaś kwiaty barwne blakły i mglały na powietrzu; aromaty zniknęły. Nakoniec wszystko umilkło i zniknęło: w gabinecie stało się, rzekłbyś, ciemno i głucho. Na fotelu leżało uśpione dziecko o twarzy młodzieńca, ale pierwotna jego piękność zniknęła; owszem rysy medjum były teraz surowe i ostre, jakby przechodziły rodzaj męki. P. Jan