Strona:A. Lange - W czwartym wymiarze.djvu/223

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pewnego razu siedzieliśmy we dwuch — było to u mnie — i graliśmy w szachy; Fulgienty grał niefortunnie i dostał mata. Szymon przyniósł herbatę i rozmawialiśmy o różnych sprawach, gdy naraz, spojrzawszy w okno, w przeciwległym domu zobaczyliśmy w mieszkaniu Fulgientego zapaloną świecę.
— Patrz-no, ktoś tam jest u mnie.
Rzeczywiście, jakiś pan czarno ubrany — krążył po jego gabinecie.
— Kto to być może? Trzeba się dowiedzieć.
W kilka chwil potym byliśmy przed bramą domu Trzona. Koło furty stał stróż i ćmił fajkę.
— Wincenty, powiedźcie, kto to zachodził do mnie?
— A no, prócz pana dobrodzieja, nie widziałem nikogo.
— Co też wy mówicie? — niespokojnie odparł Fulgienty i szybko pobiegł na schody. Ja za nim.
Otworzyła nam posługaczka Janowa.
— Kto tu przychodził? — zapytał ją nieco zdławionym głosem.
— Dyć pan sam przychodził. Nikogo tu nie było.
Szybko wpadł do swego gabinetu. Nie było nikogo. I świeca się nie paliła. Musiał ulec jakiemuś złudzeniu.
Zapalił świecę i zaczął się rozglądać dokoła. Mimowoli spojrzał na biurko.
Na białym papierze — formy kancelaryjnej —