Strona:A. Lange - W czwartym wymiarze.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ale to jeszcze muszę wam pokazać, bo właśnie dziś odebrałem z naprawy ten nóż, stary puginał bośniacki, który kupiłem dawno, dawno temu... Dziś właśnie mija dwadzieścia trzy lata z górą...
To mówiąc, wyjął z płaszcza, koło drzwi wiszącego na wieszadle — dość duży nóż z doskonałej stali angielskiej, z rękojeścią rogową, porysowaną w ornamenta i litery tureckie, używane śród Serbów mahometan. Nóż był w mocno poblakłej pochwie z czerwonego safjanu, oczywiście niemało lat liczącej; ostrze jednak było świeżo nawecowane, błyszczało świetnie i przedmioty odbijały się w nim jak w lustrze.
Podziwialiśmy nóż, poczym oddaliśmy go Fulgientemu, który go z powrotem włożył do płaszcza.
— Ze dwa tygodnie temu, przeglądając stare rupiecie, znalazłem ten nóż w biurku, głęboko ukryty, i przypomniałem sobie dawne lata... — Poczym dodał ciszej: — starą historję... — I jeszcze ciszej, prawie szeptem: — czeka Wanda...
Naraz Fulgienty zamilkł. Oczy jego stały się ognisto niebieskie, rysy twarzy ześrodkowały się niby w posągu marmurowym. Z tym wyrazem niezłomnej energji i potężnej woli — Fulgienty nagle skołowaciał, zesztywniał, nieprzytomny runął na ziemię. Doktór za najwłaściwsze uważał puścić mu krew. Po dziesięciu — jedenastu minutach dopiero (była godzina 11 min. 28) zemdlony obudził się. Brom i szklanka wody selcerskiej z cytryną postawiły go na nogi.
Długi czas jeszcze był jakby nieswój — wreszcie