Strona:A. Lange - W czwartym wymiarze.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jest też powrót (siedem trefl); chociaż ranny (dziesięć pik) — niewątpliwie przybędzie (siedem kier).
Słowem karta przynosi same dobre wróżby. Choć Lenora doskonale rozumiała całą niedorzeczność tej gry, to jednak mimowoli uspokajała się pod wpływem słów niańki.
Maciejowa powiedziała jej dobranoc — i odeszła. Lenora, gdy została sama, niedługi czas pozostawała w spokoju, zbudzonym pocieszającą kabałą.
Mimowoli twarz jej przybrała wyraz smutku; jakby daleki, obcy poświst jęczącego wichru usłyszała w uszach, w samej muszli swego ucha; ciężar, który nigdy nie spadał z jej serca, zaczął ją daleko mocniej uciskać; ręce naraz jej zlodowaciały, a w piersi jął ją szarpać niepokój najboleśniejszych przeczuć.
Powoli zaczęła się rozbierać; wyjrzała przez okno. Księżyc napół rozcięty świecił na czystym niebie śród chorowodu migotliwych słońc i gwiazd. Z sąsiedniej puszczy dochodziły głuche i nieprzerwane jęki i wycia, z poza lasu słychać było gwałtowne ujadanie psów, oszczekujących swoje wizje upiorne. — Naraz te głuche wycia puszczy i te szczekania psów umilkły niby na rozkaz jakiejś woli nieznanej. Cisza stała się w powietrzu głucha i uroczysta i tylko chwilami nietoperz szerokim ruchem kołowym przeleciał powietrze albo sowa gdzieś huknęła, ukryta na wysokiej topoli.
Zapatrzona w tę ciszę nocną — Lenora, zda się, pragnęła sięgnąć okiem aż do Mandżurji...