Strona:A. Lange - W czwartym wymiarze.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ale dotychczas, do połowy października — nazwiska Konrada w tych spisach nie widziały.
Była cicha noc październikowa; chłodno już było, ale w powietrzu panowało milczenie bez poszumu; niebo też błękitniło się czyste i jasne — i tysiące gwiazd promieniało na bezchmurnym niebie.
Matka Lenory udała się na spoczynek, a samotna kochanka Konrada rozmyślała wciąż o nieobecnym — i pomimo wszelkie dobre znaki, albo raczej brak złych wieści — na sercu jej leżał ciągle wielki dręczący ciężar najczarniejszych przypuszczeń.
Stara Madejowa, dawna niańka Lenory, czuwała z nią razem i układała pannie kabałę. Zapewniała ona też, że możnaby, zrobiwszy świecę z żyły dziś zmarłego nieboszczyka — sprowadzić czarem Konrada aż pod ten dom, a właśnie wczoraj pod wieczór pochowano na cmentarzu nieznanego włóczęgę — i gdyby tylko kto się odważył grób odkopać i wyjąć z trupa żyłę... to Konrad, choćby był niewiedzieć jak daleko — musi przyjść — i pokłon oddać. Ale panna Lenora i słyszeć nie chciała o takiej praktyce.
Maciejowa ułożyła karty na stole. Była tam i długa walka — i dalekie wody i lasy i pustynie. Kule (dziesięć trefl) świstały dokoła, ale omijały dotąd kierowego króla, który był od nich zawsze daleko; czuwała zawsze nad nim, niby to blizko a niby zdała — blondynka (dama kierowa), która rycerzowi przynosi szczęście... Jest krew (as karo), ale