Strona:A. Lange - W czwartym wymiarze.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Konrad bez wątpienia przeczuł obecność jej osoby, zanim jeszcze usłyszał jej głos — i nieświadomie a mimowoli wszedł z nią w komunikację duchową — i głównie go zastanowił fakt (czyżby przypadek bez znaczenia?), że kiedy sam sobie szeptał formułę ostateczną co do obrazu Veneziana, ona literalnie prawie te same słowa wypowiedziała głośno.
Spojrzał na dwie damy i do młodszej rzekł po polsku:
— Toż samo powiedziałem sam sobie w tej chwili. Zda mi się, jakby pani tę moją myśl przeczuła, jakby pani mi ją podsunęła, panno Lenoro.
Ona zaś, jakby dla niej te słowa nie były czymś niespodziewanym, odparła natychmiast:
— Tak samo mnie się wydawało... Czułam, że ktoś koło mnie myśli temi samemi słowami...
— A więc pani zawdzięczam, żem odgadł tę tajemnicę, która mnie dręczy od paru dni, gdyż dopiero w chwili, gdy pani obecność mnie owionęła, wyjaśniłem sobie tajemnicę. Mam wrażenie, jakby istniała nieokreślona łączność pomiędzy panią a tym obrazem, pomiędzy mną a panią... Czuję, że mogłaby pani być osią żywota dla jakiejś duszy osamotnionej i zabłąkanej na ziemi. Dusza twoja, panno Lenoro (przepraszam panią za poufałość, ale tylko imię pani znam) — w jednej chwili jakby przeniknęła w moją duszę...
Mais c’est drôle ce que vous dites là, monsieur! — zawołała mama, o której obecności Konad zdaje się całkiem zapomniał. — Rodaka miło