Strona:A. Lange - W czwartym wymiarze.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szy kaplicę na wszystkie klucze, nie jadł i nie pił — i nie opuszczał swej pracowni; na chwilę nawet nie wyszedł, by odetchnąć świeżym powietrzem.
Niespokojny książę Ferdynand przemocą kazał otworzyć wrota świątyni: z obłędnym okiem, nieprzytomny zupełnie i nieświadomy rzeczywistości, krążył dokoła Lorenzo i przyglądał się swemu dziełu, które wykończył był w całości.
Było to dzieło niewątpliwie piękne, ale pobożnym nazwać go niepodobna.
Były tam Madonny, św. Magdaleny, Św. Agnieszki, św. Barbary; były tam gromady aniołów — a wszystko miało jedną i tę samą twarz Rozaury Montalboni — moją twarz, taką samą, jaką tu widzicie teraz przed sobą.
Lorenzo, oprócz swych malowideł, nie widział nic i nikogo. Zmysły mu się pomieszały.
Oczywiście, wszystkie te dzieła traktowane były, jako bluźnierstwo i obraza boska.
Książę Ferdynand kazał zniszczyć freski, kościół na nowo poświęcić i zamknąć, aby służba boża odbywać się w nim nie mogła.
Pomiędzy ludem pobożnym wieść ta wywołała straszne wzburzenie.
— Na śmierć Rozaurę! Zgładzić ją na wieki!
Jakoż wytoczono mi proces o piękność i wszystkie klęski wynikające z tej zbrodni.
Ale teraz nikt mi już nie przebaczył, nikt się nie ulitował nade mną.
Sędziowie wydali na mnie wyrok taki: Masz po wszystkie czasy, żelazną trupią maską osłonięta —