Strona:A. Lange - Elfryda.pdf/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


miast godziny spałem do południa. Posiliwszy się nieco, dopiero o godzinie pierwszej wyruszyłem do Skalisk.
Mróz był siarczysty, a moje futro, dość chude, chroniło mię od zimna niedostatecznie. Ze stoicyzmem jednak znosiłem te przykrości: czekała mię bowiem sowita nagroda.
Śnieg był dobry, droga gładka. W wynajętych saniach szybko sunęliśmy naprzód, pomimo lekkiej zadymki, która nam prószyła w oczy. Woźnica mój, którego rozpytywałem o Łąckiego, nie mógł się dosyć nachwalić.
— Pan dostojny, szlachetny, szczodry, uczony i t. d.
Słowem cnoty w najlepszym doborze.
— Tak, tak — mówiłem sobie — to musiało nastąpić. — Poczym dodałem głośno: — A do Burzanów stąd daleko?
— Jak prostą drogą, to za cztery godzinyby trafił; ale tak zwyczajnie — to blizko dziesięć godzin.
— A pan Skaliski czy bywa u państwa Burzańskich?
— Dokumentnie tego ja nie wiem.
Ale oto już jesteśmy blizko. Wkraczamy we wrota, objeżdżamy wkoło na dziedzińcu klomb, na którym liczne słomiane chochoły świadczą o obfitości róż w lecie tu przed dworem — i stajemy przed pięknym murowanym gmachem.
Służący wychodzi i pomaga mi wysiąść; ręce i nogi mam tak przemarznięte, że ledwie ruszać