Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ozdobione barwnym haftem, okrągła czapka z uszami — był to zwykły strój mongolski.
Henryk nie widział twarzy leżącego, bo człowiek ten upadł piersią na ziemię.
Nie ruszał się wcale.
Trzymając karabin w pogotowiu, zbliżył się do niego Henryk i stanął nad Mongołem.
Pochylił się nad nim i wymówił zwykłe pozdrowienie chińskie.
Mongoł nie odpowiedział i nawet nie poruszył się.
Wtedy Henryk uniósł jego głowę i zajrzał mu w twarz. Okrywała ją śmiertelna bladość.
Wargi były mocno zaciśnięte, oczy zamknięte, na szyi plamy krwi.
Z trudem udało się chłopakowi przewrócić Mongoła na wznak. Wtedy zrozumiał wszystko.
Kurtka, poszarpana i podarta, odsłaniała pierś człowieka.
Pierś! Była to raczej ogólna rana.
Strzępy skóry i skrzepłe sople krwi okrywały ją. Długie, niby nożem zadane blizny ciągnęły się od szyi i karku nieszczęśliwego i ginęły w gmatwaninie nasiąkniętych krwią łachmanów ubrania i poszarpanych kawałków mięsa, obrywków skóry i skrzepów krwi.
Henryk ukląkł nad rannym i zaczął słuchać.