Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


byka, który był najbliżej i biegł powoli, niby zamierzając bronić całego stada!
Rozmyślając nad tem, przecinał kotlinę we wschodnim kierunku. Gdy okrążył jezioro, nagle zatrzymał się i ze zdumieniem spojrzał na rękaw swej kurtki.
W kilku miejscach była ona poplamiona krwią.
Henryk obejrzał ręce.
Nigdzie nie spostrzegł najmniejszego zadraśnięcia. Nie mógł tego zrozumieć.
Zaczął się uważnie rozglądać dokoła i wkrótce spostrzegł duże krople i bryzgi krwi na liściach i gałęziach krzaków.
— Przebiegało tędy zranione zwierzę, które w ucieczce broczyło krwią... — szepnął do siebie.
Idąc śladem krwi, dotarł do brzegu jeziora i nagle przystanął, zaciskając karabin w ręku.
Na kamienistym brzegu, tuż nad wodą, leżał człowiek.
Henryk rozpoznał mongolski strój leżącego. Przecież widział w Chinach całe tłumy Mongołów, przybywających z karawanami wielbłądów, obładowanych skórami i futrami, przywożonemi z Mongolji, a wywożących z Chin — herbatę, jedwabie, bawełniane tkaniny i różne naczynia.
Granatowy, grubo nawatowany chałat, takież spodnie szerokie, zielone skórzane buty,