Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Bycza ta „kraina Henryka“! — rzekł z zachwytem. — Czego w niej niema?!
Henryk pokazał bratu, co udało mu się zrobić tego dnia.
Tuż za murem, na południowych stokach góry, wykopał chłopak czworokątny dół, oblepił grubą warstwą gliny jego dno i boki, i napełnił wodą.
— Studnia?! — krzyknął Romek.
— Nie! — ze śmiechem odpowiedział Henryk. — Poco nam studni, gdy strumyk biegnie tuż za murem?! Jest to fabryka soli!...
To mówiąc, pokazał spory stos zebranej na skałach gorżkiej soli i objaśnił, że w wykopanym dole-basenie znajduje się mocny roztwór tej soli.
— Teraz uważaj! — mówił Henryk, podprowadzając brata do basenu. — Słońce będzie nagrzewało wodę. Z dniem każdym będzie się ulatniała. Wypadać zaczną domieszki, które będziemy wyrzucać, dopóki nie zostanie roztwór czystej soli. Przy dalszem działaniu słońca sól zacznie się osadzać na dnie basenu, a resztę roztworu przeniesiemy do naszych blaszanek od benzyny i zaczniemy gotować na ogniu, aż wyciągniemy resztę soli. Taka fabryka będzie działała sama, jak automat. Pracy koło niej nie będziemy mieli zbyt dużo, zato soli — wbród!