Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


o ostrzach z kawałków stalowego prętu, zaostrzonego pilnikiem, były po pewnym czasie gotowe.
— Jutro jeden z nas wyruszy w góry, drugi zaś zostanie, aby bronić Irenki i pilnować domu — zadecydował Henryk. — Niech pierwszy idzie Romek!
Młodszy brat z krzykiem radości rzucił się na szyję Henrykowi.
Wyściskawszy go, zaczął szykować się do wyprawy.
Długo strzelał z łuku do celu, aż krzyknął wesoło:
— Wcale nieźle już lecą moje strzały!
— Na bliską metę radzę ci posługiwać się procą — rzekł Henryk.
— Ha! — odparł zuchowato Romek. — Z procą dam sobie radę! W liceum naszem była ona w użyciu. Uchodziłem za dobrego strzelca!
Pobiegł zbierać drobne, okrągłe kamyki do swej broni, a później przemyśliwał nad sporządzeniem sobie kołczanu do noszenia strzał.
Znowu przypomniał mu się Robinzon Kruzoe, który robił kołczany z kawałków kory.
Mozolił się więc Romek nad zdzieraniem kory z pnia modrzewiowego.
Przy tej pracy zastała go siostra.