Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ryk i aż się oblizał na widok szerokich, tłustych ryb. — Zdaje mi się, że są to karpie... Opowiedz, jakeś je schwytał.
Romek, dumny ze swej zdobyczy i pochwały starszego brata, odparł:
— Opowiem przy obiedzie, gdy Irenka będzie razem z nami. A teraz zabierzmy się do skrobania i patroszenia ryb, bo mi coś po kiszkach chodzi i burczy z głodu...
— A i mnie też! — zgodził się brat, wyjmując scyzoryk.
Szybko zeskrobali łuskę i wyrzucili wnętrzności rybie.
Właśnie wtedy powróciła Irenka, niosąc dużą wiązankę suchej trawy i jakieś badyle o długich korzeniach.
Chłopcy zbudowali z kamieni piecyk i ustawili na nim kociołek ze słoną wodą.
Dziewczynka zakasawszy rękawy bluzki, pokrajała ryby na kawałki i zanurzyła je w wodzie.
Rozniecono ogień w piecyku i wkrótce przyjemna woń gotujących się ryb zaczęła drażnić powonienie głodnych dzieci.
— Możemy do syta najeść się tych wyśmienitych ryb! — zawołał Romek.
— Tak! — zgodził się Henryk. — Starczyłoby tego na ośmiu żarłoków. Wobec tego wydam na