Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Mam ja starą, zupełnie podartą już, czerwoną bluzkę. Naszyję ją na kawałku skóry i zrobię flagę. Czerwony kolor najdalej i najlepiej można spostrzec.
— Bardzo dobrze! — zawołali chłopcy, a Czultun, zrozumiawszy o co chodzi, z poważną miną skinął głową i mruknął swoje:
— Sajn!
Chłopcy i Mongoł zaczęli znosić kamienie na kopiec, umocowali na jego szczycie słup i uwieńczyli go połyskującą blaszanką od benzyny.
Błyszczała od słońca, niby zwierciadło, i istotnie, zdaleka można było ją dojrzeć.
Irenka uszyła czerwoną flagę.
Zwinny Romek wdrapał się na szczyt wysokiego modrzewia, stojącego nad domkiem. Przymocował do jego wierzchołka długi drąg z flagą i długo przyglądał się czerwonej płachcie, powiewającej nad ciemnemi drzewami.
— Ślepy chyba tylko nie dojrzałby tej flagi! — zawołał nareszcie.
Na trzeci dzień wszystkie prace zostały zakończone.
— Możemy jechać do Cagan-Czułutaju! — rzekł Henryk do Czachara.
Ten przymrużył oczy i potrząsnął głową.
— Nie! — rzekł. — Nie dojedziemy...