Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jakto nie dojedziemy? — pytały zaniepokojone dzieci.
— Bez pożywienia i bez wody zginiemy w pustyni — odpowiedział Czultun.
— Cóż mamy robić? — spytał Henryk.
— Musimy zaopatrzyć się w mięso i wodę — objaśnił z uśmiechem.
Znowu minęło kilka dni ciężkiej, gorączkowej pracy.
Czultun z Henrykiem polowali zawzięcie, dla pośpiechu używając podstępnych sposobów mongolskich. Zwabiali do swojej zasadzki jelenie i argale, do których Henryk celnie strzelał.
Czachar zdzierał teraz skóry zupełnie innym sposobem. Nie przecinał ich wzdłuż piersi i brzucha, lecz wypruwał z nich kadłuby zabitych zwierząt, pozostawiając skórę nietkniętą.
W piecu, zbudowanym przy murze warownego domku, dzieci wędziły w dymie modrzewiowym pokrajane na cienkie paski mięso jeleni i argalów; inne kawały, mocno natarte solą, wisiały na wietrze, schnąc i nabierając przezroczystości, jak najlepsza polędwica.
Mongoł nazywał to „lugan“, a Henryk twierdził, że taki sposób przygotowywania mięsa znany jest czerwonoskórym Indjanom amerykańskim, którzy nazywają to „pemmikanem“ i używają