Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nareszcie upragniony świt zaczął wsiąkać w mrok nocny i rozpraszać go.
Henryk obudził Czultuna.
— Chodźmy na poszukiwanie „falbara“! — zawołał niecierpliwie i, zarzuciwszy karabin na ramię, poszedł naprzód.
Na łące, tuż przy skale, gdzie w nocy walczył „Łakomiec“, spostrzegli dużą plamę krwi. Krople jej, a nawet całe kałuże, tworzące się tam, gdzie zwierz przystawał i kładł się, doprowadziły myśliwych do skał.
Ślady stawały się coraz obfitsze. Henryk rozumiał, że „falbar“ słabnął coraz bardziej i co chwila kładł się, brocząc krwią i plamiąc nią trawę i białe kamienie.
Z karabinem gotowym do strzału posuwał się chłopak pomiędzy skałami i nagle krzyknął radośnie.
Na nagiem zboczu pagórka leżał niedźwiedź. Henryk nigdy nie widział takiego. Zupełnie czarny, z ostrą paszczą i dużemi, okrągłemi uszami, miał na piersi wygięte pasmo białych włosów, przypominające szybującego ptaka.
Był to himalajski niedźwiedź — mieszkaniec Indyj, Chin i innych miejscowości kontynentu azjatyckiego.
Leżał martwy. Henryk uważnie obejrzał niedź-