Strona:A. Conan Doyle-Pies Baskerville’ów.djvu/056

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Sądząc z tego, cośmy słyszeli, nie ulega wątpliwości, że od chwili przyjazdu Baskerville’a ktoś śledzi go bardzo pilnie i chodzi za nim jak cień. Inaczej, skąd wiedzianoby odrazu, że zamieszkał w hotelu Northumberland? Jeśli śledzili go pierwszego dnia, wywnioskowałem, że będą go szpiegowali i następnego. Zauważyłeś pewnie, że, gdy dr. Mortimer czytał swoją opowieść, zbliżyłem się dwukrotnie do okna.
— Tak, przypominam sobie.
— Patrzyłem, czy kto nie chodzi przed domem, ale nie spostrzegłem nikogo. Słuchaj, mamy do czynienia z bardzo wytrawnym człowiekiem. Sprawa się wikła, a jakkolwiek nie jestem pewien, jakie czynniki wchodzą tu w grę, przyjazne czy wrogie, niemniej przyznaję działanie jakiejś ukrytej siły. Gdy przyjaciele nasi wyszli od nas, udałem się za nimi, chcąc wykryć ich niewidzialnego opiekuna. Człowiek ten jest taki przebiegły, że nie chciał puścić się pieszo, lecz wsiadł w dorożkę, tak, by mógł śledzić ich z tyłu lub wyprzedzić i w ten sposób ujść ich uwadze. Metoda ta zapewniała mu nadto i tę korzyść, że, gdyby zechcieli jechać dorożką, mógł ich śledzić bez straty czasu. Z tem wszystkiem wszakże taki sposób postępowania ma jedną bardzo złą stronę.
— Zdaje tego jegomościa na łaskę i niełaskę dorożkarza.
— Właśnie.
— Co za szkoda, że nie zauważyliśmy jego numeru.
— Mój drogi, jakkolwiek zgapiłem się porządnie, nie przypuszczasz chyba na serjo, że