Strona:A. Conan Doyle-Pies Baskerville’ów.djvu/054

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chwili. — Niepodobna tak odrazu objąć wszystkiego i powziąć postanowienie. Chciałbym spędzić godzinę w samotnem skupieniu... Panie Holmes, teraz jest pół do jedenastej; powracam prosto do hotelu; może pan zechce wraz z doktorem Watsonem przyjść do mnie o drugiej i zjeść z nami śniadanie? Sądzę, że wytworzę sobie do tego czasu jaśniejsze pojęcie o tej całej sprawie.
— Czy zgadzasz się Watsonie?
— Najzupełniej.
— W takim razie niech pan czeka na nas. Czy posłać po dorożkę?
— Wolę pójść pieszo, jestem bardzo wzburzony.
— Będę panu towarzyszył z przyjemnością — odezwał się doktór Mortimer.
— A więc, do widzenia o drugiej!
Usłyszeliśmy odgłos kroków naszych gości na schodach i stuk zamykanych drzwi wchodowych. W tejże chwili Holmes wyrwał się z zadumy i zamienił w człowieka czynu.
— Kapelusz i buty, Watsonie, szybko! Nie ma chwili czasu do stracenia!
Wpadł w szlafroku do garderoby i w kilka sekund później powrócił w surducie. Zbiegliśmy ze schodów i wypadliśmy na ulicę. Dr. Mortimer i Baskerville szli o jakie dwieście metrów przed nami, w kierunku ulicy Oxford.
— Czy mam ich dogonić i zatrzymać? spytałem.
— Ani mi się waż! Twoje towarzystwo wystarczy mi najzupełniej, jeśli ty zadowolisz się mojem. Ci panowie mieli słuszność, ranek dzisiejszy wyśmienity na przechadzkę.
Przyśpieszył kroku, tak, że niebawem odległość dzieląca nas od tamtych panów, zmniej-