Strona:A. Conan Doyle-Pies Baskerville’ów.djvu/053

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jest on zarazem dowodem, że ktoś wie lepiej niż my, co się dzieje na moczarach — rzekł Mortimer.
— I że ten ktoś jest panu życzliwy, ponieważ ostrzega pana o niebezpieczeństwie — dodał Holmes.
— Moja obecność krzyżuje tam może pewne plany.
— To możliwe... Dziękuję ci, doktorze, że dałeś mi do rozwiązania zagadkę, która zawiera tyle ciekawych szczegółów. Teraz, sir Henryku Baskerville’u, pozostaje nam tylko jedna kwestja do rozstrzygnięcia: czy masz jechać lub nie jechać do zamku?
— Dlaczegóż miałbym nie jechać?
— Bo tam może grozić panu jakie niebezpieczeństwo.
— Niebezpieczeństwo, pochodzące od złego ducha, prześladującego rodzinę, czy też ze strony ludzi?
— Należałoby to wyjaśnić.
— Jakiekolwiek jest zdanie panów, ja już wiem jak postąpić. Panie Holmes, nie istnieje w piekle taki djabeł, ani na ziemi taki człowiek, któryby mi mógł przeszkodzić udać się do siedziby moich przodków. Oto jest moje ostatnie słowo.
Podczas tej przemowy brwi sir Henryka zbiegły się, a twarz przybrała barwę purpurową. Ostatni potomek Baskerville’ów odziedziczył widocznie gwałtowny temperament swoich przodków.
— Muszę zastanowić się nieco dłużej nad tem wszystkiem, co mi pan powiedział — rzekł po