Strona:Życie tygodnik Rok II (1898) wybór.djvu/309

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i we dnie i w nocy: skąd wziąść na to, abo na to... Ta i mnie Pan Bóg nagodził dzieci...
— Ileż ich macie? — spytałem senny. Głównia już dogasała. Powieki zesunęły się same.
— Wiela ich mam? pytacie się... Dyć my tu wnetki porachujemy. Nastarszy Józek z drugim Wawrzkem pojechali do Pesztu (Ale jeszcze jeszcze nic nie nadesłali. Żeby się choć odżywić mogli). To dwóch. Oprócz nich jest jeszcze kieloro w chałupie... Jaśkowi już będzie szesnaście, abo kto wie... Gładki chłopak. Zośka zastąpi już matkę w czem tem... Szymuś już da rady paść... No, a to drobne... poczekajcież... kieloż ich jest?... Kasia... Rejcia... Jędruś...
Reszty imion nie słyszałem. Odurzyło mię wilgotne siano i zmożył ciężki sen.





IV.

Słońce wytoczyło się już nad wschodnie wirchy Gorca, kiedy począłem schodzić wrębem do roztoki. Cierniste ożyny i maliniaki gęste tamowały mi drogę, suche, wysokie trawska oplątywały nogi. Rozsuwałem je rękoma, płynąc falisto, jak lis po stepowych burzanach. Z pod nóg czasem wymknie się chruściel i, jak mysz, cicho po trawie zaszeleści, to przebudzona sarna wyskoczy z gibrzyny, spojrzy lękliwie dookoła, i w paru wysokich susach zniknie z przed oczu... Długo tak szedłem, ścinając w pędzie leśne kwiaty i otrząsając z łodyg przejrzałe maliny. Wreszcie trafiłem na ścieżkę, wydeptaną przez dziki i stratowaną raciami tak, jakby tędy przegnał, co najmniej, sto par wołów. Codzień, przed wschodem i po zachodzie słońca, można je tu napotkać, jak idą na żer do wsi i wracają —- jeden za drugim. Pomknąłem szybciej — i niezadługo stanąłem na drodze kamienistej, wiodącej spadzisto na dół równolegle z szumiącą roztoką.