Strona:Życie tygodnik Rok II (1898) wybór.djvu/297

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
Tak! Aby podjąć próbę! — Idę do kościoła, dzieci; chcę być sam. I nie prędzej z niego wyjdę, aż otrzymam z rąk Bożych: sen dla matki a po śnie zdrowie, aby mogła wstać i bawić między nami. Nie bójcie się! Czuję, że tak będzie! Nie otrzymani tego odrazu, bom wątpił. Ale wytrwam i czekać będę aż przybędzie Pan dobry i surowy. — Bądźcie zdrowi! (Rzuca się na kolana przy Klarze i pogrąża w krótkiej modlitwie). Bądźcie zdrowi. (Całuje ją, ona leży nieruchoma. Poczem wstaje).
Dzięki wam, moje dzieci! Przyszłyście mi z większą pomocą niżby można było przypuszczać.
Teraz sam uderzę w dzwon na własną modlitwę. Przy pierwszym odgłosie dzwonu wiedzcie, że zacząłem modlić się za matkę. Pokój z wami!
Anna (otwiera mimo woli drzwi przed nim. Sang wychodzi). To jest — — to jest — — (Wybucha płaczem).
Eliasz. Muszę go widzieć, muszę zobaczyć, jak wchodzi (wychodzi).
Rachela. Mamo, mamo!
Anna. Nie mów do niej. Patrzy na ciebie, ale nie mów do niej.
Rachela. Ja się boję!
Anna. Widać stąd twego ojca. Patrz, już dochodzi do kościoła. Chodź tu bliżej.
Rachela. Nie! — — nie, ja tego nie wytrzymam. Boję się. — Mamo! Patrzy na mnie a nie odpowiada. — Mamo!
Anna. Cicho, Rachel! (Słychać dzwonek).
Rachela (uklęka; wkrótce potem wybucha przytłumionym głosem). Boże! Anno!
Anna. Co takiego?
Rachela. Mama śpi.
Anna. Śpi?