Strona:Życie tygodnik Rok II (1898) wybór.djvu/224

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


O ŚWICIE.

Zimny świt we mgle chmurnej ugrzęzły
Sennem okiem spojrzał na ulicę,
Szarem światłem oblókł kamienice
I powoli rozplątywać jął węzły
Zapłakanej smutnej nocy jesiennej.
Zimny świt we mgle chmurnej ugrzęzły.

Miasto śpi w melancholii bezdennej —
Tu i ówdzie snują się, jak duchy,
Stróże nocni w posępnej a głuchej
Ciszy obumarłej Gehenny —
Jakieś widmo gasi mdławe latarnie.
Miasto śpi w melancholii bezdennej.

Świt już świt... Otwierają piekarnie,
Że też na myśl nie przyszło nikomu,
Aby wcześniej dziś wrócić do domu.
Ta noc czy mi ujdzie bezkarnie,
Czy nie sięgnie za zapłatę po życie.
Świt już świt... otwierają piekarnie.

Znowu wracam do domu o świcie
Idę sennie, chwiejnie przez ulicę,
Mózg mi krwawią bólu błyskawice;
Ranny wiatr żre mię jadowicie
Szum mam w uszach, usta pełne goryczy.
Znowu wracam do domu o świcie.

Obudziło się w sercu i krzyczy
Jakieś echo, i ból mnie przenika
I własnego brzydzę się języka
Duch mój krwawo ogląda się i liczy
Dnie minione, a złocistych snów echo
Obudziło się w sercu i krzyczy.

Włodzimierz Perzyński.