Strona:Życie dwutygodnik. Rok III (1899) wybór.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I wtem jakby w niej brama z łoskotem się zawarła, strumienie zimnej wody zalały drżącą głowę — i naraz z niepojętą, ostrą wyrazistością roztoczyła się przed nią głucha, mroźna pustynia.
Cisza wkoło niej, cisza... Czarne chmury nawisły — a ona idzie, idzie — ah, jak lekko, swobodnie!...
— To był okropny sen, — szepcze do siebie zcicha. Już teraz będzie dobrze. Jest zdrowa, wypoczęta. Dobrze się czasem przespać. Jakiś tam głuchy ból, prędzej nikły cień bólu mieszka gdzieś w głębi serca....
Cisza — cisza śmiertelna. — Słychać, jak chodzą mgły, jak z cichutkim szelestem drą się w strzępy o krzaki.
Nagle tuż za sobą usłyszała szmer, szelest, skrobanie, chrobotanie po lodzie — stukoty dziwne; a potem już wyraźnie odróżniła stąpnięcia: jedno, drugie i trzecie.

Nie było wątpliwości. Ktoś szedł za nią, powoli, ciężko stawiając nogi. I głucho po cienkim lodzie dudniły jego kroki i suwały się niezgrabnie po chropawej skorupie. Widocznie już był stary, zmęczony, wlókł się ledwie, dyszał szybko, nierówno, sapiąc przytem jak niedźwiedź, krusząc pod sobą zeschłe, małe gałązki i potrącając grudki dźwięcznego, suchego lodu.
Był bardzo blisko — ot, najwyżej kilka kroków...
Kobietę ogarnęło niepojęte uczucie — coś jak strach, jak tęsknota, jak ciekawość bezmierna.
Przystanęła i obejrzała się szybko.
Ale w tej samej chwili dziwne kroki ucichły, a wokoło nie było widać nikogo.
Ciemności wszędzie były co prawda nieprzebite, ale na szarym lodzie możnaby kogo dojrzeć. A tu nic — pustka głucha, cisza, dzwoniąca w uszach.
Chwyta ją ślepa, zabobonna trwoga.