Strona:Życie dwutygodnik. Rok III (1899) wybór.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wszystko znika, zapada. Ciemność jakaś paląca, krwawa ją otoczyła. Serce bić przestało.
— Koniec już teraz. Koniec. On jej już nie przebaczy. On jest wielki, potężny. On wie jej wszystkie myśli. On zjawia się tu, przed nią w całym majestacie. A ona nie wierzyła! On się teraz mścić będzie — Ha, ha, ha — on pamięta, — on olbrzymi, jak świat! On przyjdzie — on jest straszny, bo nadszedł wreszcie czas zemsty! On przyjdzie, On przyjdzie!
I nagle staje.
— Kto przyjdzie? Czy to on — on — ten krwawy pijany? Oh, te oczy! nie, nie, on tam został — on tam zamarzł na śmierć. Ha, ha, ha — to nie on, on sam zginął — ha, ha!
Zaśmiała się dzikim, urywanym śmiechem...
— A on przyjdzie — on przyjdzie! On — on — wielki!
— Kto, Kto? Ha — to ty, mój jedyny? Widzisz — widzisz, umieram! Chodź, ratuj! Chodź, chodź — niema nikogo — niema — ratujcie! Już idzie — ratujcie!
— To BÓG, to BÓG!
— A ha, ha, ha — on ją zgniecie! Ratujcie on ją zadławi! ON — ON, wszechpotężny, słyszycie, słyszycie ludzie! Ratujcie — o, Boże, o Boże! Czyż niema nikogo, nikogo na świecie? — O Boże, o Boże — o, zlituj się nademną, o, zlituj się nademną!
W strachu zwierzęcym, dzikim, w rozpaczy obłąkanej wyciąga ręce w przestrzeń, pręży się cała naprzód, błaga, płacze w nieludzkiem, spazmatycznem łkaniu i radaby się czołgać jak robak u stóp Jego.