Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wreszcie odgadła co się z nią dzieje — przecie tak samo bywało zawsze. Nieomylne znaki, że nadchodzi szczęście. Odtąd upajało samo jego przeczucie, rozkoszą stawały się udręczenia i niepokoje. Co rano budziła się w radosnem podnieceniu — może dzisiaj spotka go nareszcie, człowieka cud, istotę wymarzoną, wytęsknioną, tak bezmiernie ukochaną... Kto on? Skąd? Jaka jest jego uroda? Czem ją zniewoli?
Wszystko jedno, albowiem to będzie on, za każdym razem inny i zawsze ten sam — wskazany przez los, dla niej przeznaczony. Zanim się spotkali już wzbudzał w niej płomień miłości. Nic mu o niej nie mówiła ciekawość wyobraźni — jego niepodobna było przewidzieć. Ukaże się nadspodziewany, zaskoczy ją jeszcze jednym nowym, niezaznanym nigdy urokiem miłosnego opętania.
Eva Evard utrzymywała w należytej jasności kronikę swego życia, nie zapominała o niczem, ale w tych okresach pobudzonego wyczekiwania podziewali się gdzieś z pamięci i znikali do jednego wszyscy dawniejsi, ilu ich tam było, ustępując przed nowym wybrańcem.
O tej porze, w trzydziestym czwartym roku Evy uzbierał się ich poczet niemały. Raz w rok, dwa razy ogarniało ją szaleństwo miłosne, niepohamowane i zaślepione.
Każdy z nich był cudem, wskazanym przez los wyjątkiem.
Nawet ów poliglota niepewnej narodowości