Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niała zagarnięte miasta, ich znaczenie strategiczne i bogactwo, rachowała na setki tysięcy jeńców, sumowała armaty, czołgi, kolosalne zapasy.
A teraz podziękuj Bogu i raduj się, ziemio niemiecka...

Na tarasie ratusza miasta Mannheimu przygodnie sklecona orkiestra ze wszystkich sił dęła i dmuchała w swe instrumenty, chcąc grzmieniem trąb uczcić kolosalny przełom w losach narodu. Ale jedni byli za starzy, inni zbyt młodzi, by odpowiedzieć godnie zadaniu tej chwili. Byli wyniszczeni długą, głodową zimą i zbyt zdrętwiali w zastarzałem przygnębieniu, żeby odrazu uderzyć w ton radości. Nikłe były nawet te miejsca, które w nutach oznaczono — fortissimo. W pewnych momentach tego koncertu wiatr przemagał trębaczy i zabierał precz całą muzykę. Wielki tłum słuchał w skupieniu i z głębi serca chciał się radować zwycięstwem swej armji i swojem szczęściem — ale snać odwykł od uniesień i nie potrafił nic wyrazić. Napróżno w przerwie między Beethovenem a Wagnerem sam pan burmistrz perorował z balkonu. I jego nie było słychać. Wyniszczony stary człowiek o obliczu zgnębionem raz na zawsze przez ciosy wojny — stracił był wszystkich trzech synów — miotał się na wyżynie, wytrząsając rękami, i napróżno usiłował wydobyć ze siebie radość i przekazać ją słuchaczom. Wyglądał raczej na obłąkanego.