Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/348

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dział do prasy — panowie, mam zaszczyt wam oznajmić, że wygraliśmy wojnę! A oto nowina najbardziej przełomowa i wprost oszałamiająca! Stara margrabina de Lambesc, zmordowana i zdręczona przez senatora do ostatnich granic odporności ludzkiej, zgodziła się wreszcie przyjąć u siebie Evę!
— Proszę podziękować pani margrabinie za ten zaszczyt, ale gdy mnie raz odprawiła z niczem, nie będę jej się więcej narzucać.
— Pani Evo, na miłosierdzie boskie! Wszak to rzecz ogromnej wagi! Nazajutrz po tej wizycie cały Paryż...
— Wiem, ile zachodu kosztowało to pana, ale doprawdy, nie mam czasu, pan wie jak mnie pochłania mój film. Jestem początkującą autorką, byle co może mnie wytrącić z natchnienia...
Zamknęła się. Pracowała całemi dniami i długo w noc. Stopniowo zaczęło się w niej zacierać poczucie realnego życia i ten Paryż, i wojna, i jej własne troski i zawody. Była upojona, była szczęśliwa. Fikcja porwała ją i wplotła w swoje nieogarnione, stubarwne tworzywo. Zapamiętała się w samotności, zatraciła się w rozpętaniu wyobraźni, zwłaszcza cichą nocą ulegała nieraz złudzeniu, że ona sama, kobieta imieniem Eva Evard przestała istnieć i tak, jakby umarła, a rozproszone pierwiastki jej duszy krążą i błąkają się kędyś w przestrzeni po olbrzymim, zagadkowym obszarze nieznanego miasta.
W rozkosznem utrudzeniu, z zamętem w głowie