Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/314

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wojennej i powszechnego poniżenia nie ośmieliłby mu się powiedzieć... Powiem — panie ministrze...
I Eva musiała wysłuchiwać po dwa razy na dzień jego groźnej przemowy do boga wojny i największego potentata Francji, senator odgrażał się srodze i wplatał coraz nowe warjanty do swojej mowy, przewidywał gwatłowną dyskusję i zgóry obmyślał zabójcze repliki.
— Klika wojskowa... Ślepy upór figur zawodowych z tajnych zakamarków... Ich inkwizycyjne „obyczaje“, wyznawane z jawnym cynizmem... Zguba szlachetnej kobiety, oddanej Francji... Niczem nieusprawiedliwione morderstwo moralne... Panie ministrze — obaj pamiętamy dobrze sprawę Dreyfusa i wówczas staliśmy po tej samej stronie barykady...
W istocie senator truchlał przed tą straszną godziną. Bał się brutalnego przyjęcia, bodaj zniewagi, bał się jeszcze bardziej, że się zmiesza i nie zachowa się jak przystało na senatora Republiki — o osobliwych przyjęciach petentów, zwłaszcza parlamentarzystów w gabinecie ministra wojny krążyło mnóstwo opowieści i anegdot.
Eva zupełnie podupadła na duchu, nie chciało jej się nawet chodzić za sprawunkami, choć przybyła do Paryża w jednej sukni i w jednem jedynem okryciu wiosennem z małą podręczną walizeczką. Bała się spotkać kogoś znajomego, wychodziła na miasto ukradkiem, przeważnie wieczorami, Paryż jej obrzydł. Nie miała żadnej chęci ani woli do walki — niech będzie co chce — przegrała sprawę i już. Najlepiej