Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/309

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chce się przebudzić, wydrzeć się z koszmaru i ocknąć się w jakimś innym świecie. Nawala faktów bije nas po łbie i nie da ani na chwilę spocząć żeby zebrać myśli. Gdzie się podział genjusz ludzki, który daje moc przenikania wszelkich zawikłań i w, jasnowidzeniu wybiera najlepszą drogę do zwycięstwa? Nasi mężowie opatrzności — i nie tylko nasi — upierwotnili się, powiedziałbym schamieli i nic więjcej nie wymagają od siebie jak tylko — trwać. Trwać, to teraz słowo najwyższej mądrości, zaklęcie magiczne na naszą bezradność, niemoc, na cały chaos, który nas zalewa. Są tacy, co wyliczyli, że możemy trwając tak wytrwać aż do połowy roku 1920-go — nie znam obliczeń niemieckich... I to się nazywa prowadzeniem wojny!... W tych warunkach...
Eva, słuchając tych wywodów, nudziła się, siedziała zadumana i smutna, patrząc na gościa spojrzeniem dalekiem i nieodgadnionem, co podniecało go do coraz głębszych wynurzeń, do coraz dosadniejszych syntez.
Myślała o swoich dziwnych losach, gdy fortuna zawsze ją prowadziła z usłużnym uśmiechem i o tem pierwszem załamaniu się, które mogło być przelotne i minąć, ale stało się ono już dla niej jakby złym znakiem, groźbą. Znalazła się w okropnem poniżeniu. jej ukochany Paryż, jedyna ojczyzna, zamierza ją zmiażdżyć i gorzej niż zabić. Z tych świetnych tłumów, ze wszystkich wielbicieli i przyjaciół został jej ten kapitan-psycholog, który nie miał żadnego znaczenia, i śmieszny bonhomme senator, który obie-