Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ewakuację chorych i rannych, drobne stałe roboty koło naprawy dróg i snujące się wiecznie samochody sztabowe — w niczem nie mogą urozmaicić swego codziennego meldunku:
— Na obszarze etapów trzech armij Luitpolda Bawarskiego spokój i bezczynność...
— Żadnych zmian, godnych zaznaczenia...
— Wyjątkowy spokój...
— Zadziwiająca stagnacja...
Spełniwszy zadanie dnia, uchodzą ku swoim, kluczą, wymykają się pościgowi, toną w chmurach, wyłaniają się, walczą, wracają lub nie wracają.
Zacina deszcz, mgły gęstnieją. Przedwczesny zmierzch przyćmiewa ziemię.
Wówczas, jak na słowo zaklęcia, budzi się do życia pusta, nieruchoma i bezludna kraina.
Jak z pod ziemi wyrastają na wszystkich drogach, prowadzących w stronę frontu, czarne kolumny piechoty, kompanje, bataljony, pułki, dywizje... W prawidłowych odstępach, odrębnemi szlakami, o marszrutach i etapach, obliczonych co do minuty, ciągną tysiące furgonów, tysiące samochodów ciężarowych, kolumny amunicyjne, wozy sanitarne, reflektory, sprzęt lotniczy, sprzęt radjostacji, pontony, przeróżne machiny wojenne, zapasy.
Łomocą po drogach setki bateryj polowych i najcięższych, miotacze min, miotacze ognia.
Z miast, miasteczek, ze wsi, z baraków i hangarów przydrożnych, z lasów, z kęp zarośli, z parków magnackich, z sadów samotnych farm, z pod