Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/275

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czony, z pustą głową przeczekał jeszcze jeden dzień i dopiero raczył zauważyć spojrzenia, które od paru dni rzucał ku niemu dyskretnie, zrzadka, w ciągu godzin biurowych kapitan Gutzner.
— Morgen, kapitanie, co tam dziś nowego?
Kapitan Gutzner odgadł wlot, że biedny generał już nie może sobie dać rady i nagwałt potrzebuje otuchy i pomocy.
Oznajmił w krótkich słowach, poprawnie oficjalnych, że wszystkie stacje i posterunki pograniczne cesarstwa oraz krajów okupowanych od trzech dni czuwają nad tem, aby zaginiona nie przemknęła się pod jakimkolwiek nazwiskiem i za jakimkolwiek paszportem. Na szczęście wszyscy znają zaginioną z ekranu, a choćby z fotografij, nieustannie umieszczanych w dziennikach. Zaginiona ma być zatrzymaną na granicy z zachowaniem najwyższej kurtuazji pod pozorem wyjaśnienia rzekomych nieformalności w papierach i pod ścisłym, choć niejawnym nadzorem skierowana z powrotem do Berlina.
Generał oniemiał. Poczerwieniał, napęczniał, na szczęście ersatze wojenne tudzież pęcak, brukiew, śledzie pozbawiły go dawniejszych skłonności apoplektycznych.
— Panie generale, rozporządzenie to pochodzi od policji politycznej, dopiero dzisiaj rano otrzymaliśmy odnośne zawiadomienie za podpisem...
— To Gneist! Ta bezczelna kanalja...
— Tak jest... Za podpisem doktora Gneista. Skądinąd wiadomo mi, że wzmiankowana osoba jest