Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


a generał w zajadłości za zdradę zapewne nie osłoniłby jej przed sądem i karą... Szybko przemknęło ponure widmo jak gwizd kuli, która jednak nie trafiła.
Po chwili już nie wyobrażała sobie nawet, że generał mógłby i ją pociągnąć, pomimo wszystko jest to dżentelmen. Dżentelmenem jest również i van Trothen, jak mogła bodaj na chwilę przypuścić, że mógłby ją tak haniebnie zdradzić? A wreszcie czy to tak łatwo skompromitować, wsadzić do więzienia i zgubić Evę Evard, ubóstwianą na całej kuli ziemskiej?
Z całej afery zostało komiczne qui pro quo między starymi przyjaciółmi od szachów i butelki, a dla niej, która była świadomą rzeczy ukrytych, nierównie głębszy tragi-komizm — to w szyderczym uśmiechu wojna obnażyła swe jadowite zęby.
Jak wielu przyjaciół i znajomych van Trothena wybrała się i Eva odwiedzić go dla złożenia kondolencji a zarazem gratulacji. Na Klosterstrasse zastała kilku panów siedzących dokoła stołu, zastawionego butelkami, wysokiemi reńskiemi kielichami i ogromnym tortem. Byli to sami znajomi. Gospodarz zerwał się na jej powitanie wzruszony i obsypał ją czułościami. Po trzech dniach więzienia postarzał, jakby wysiedział dziesięć lat. Panowie popijali, czyniąc zamęt i ożywienie, ale atmosfera była jakaś wymuszona. Van Trothen nadrabiał miną i dużo gadał, a goście poglądali po sobie ukradkiem